EPICKI POCISK, CZYLI… O DAWNYCH I NOWYCH ZNACZENIACH WYRAZÓW

 

"Czytać dawne języki i obce rozumieć
Dobrze jest, lecz ojczysty trzeba naprzód umieć".
Franciszek Ksawery Dmochowski, „Sztuka rymotwórcza”

DELIKWENT W RAJTUZACH

Mały John w komedii Mela Brooksa „Robin Hood: Faceci w rajtuzach” wypowiada zastanawiającą swą apodyktycznością myśl:

Trzeba być prawdziwym mężczyzną, żeby nosić rajtuzy.

Prowokacja? Gdzież tam! Pierwszy manifest LGBT? Skądże! Po prostu kiedyś były to obcisłe spodnie (zazwyczaj używane podczas jazdy konnej, gdyż zapewniały jeźdźcom większą swobodę ruchów). Jeszcze w czasach PRL-u, wg Polskiej Izby Handlowej, rajtuzami nazywano męskie kalesony. Dziś natomiast jest to określenie dziecięcych lub kobiecych długich, obcisłych spodni z dzianiny, najczęściej wełnianej lub bawełnianej. (Paradoksalnie chyba ten archaiczny sens zachował się w języku młodzieżowym, w którym potocyzm „pojechać komuś po rajtuzach” jest synonimem dosadnej, agresywnej krytyki).

„Rajtuzy” to przykład neosemantyzmu (neologizmu semantycznego), czyli wyrazu, który zyskał na drodze ewolucyjnej mutacji (zmian społecznych, cywilizacyjnych, kulturowych) nowe znaczenie. 

Słowa mogą kończyć swój żywot na różne sposoby. Niektóre muszą pakować manatki, bo się zużyły jak bieżnik opon samochodowych (np. pomarlisko - cmentarz, pozimek - wiosna), inne zmiata postęp technologiczny (np. kołodziej - rzemieślnik  zaj­mu­jący się wyrobem drewnianych kół i wozów), a są i takie, które potrzebują liftingu, ponieważ nie pasują już do dzisiejszych czasów.

Powszechnie obecne w przestrzeni komunikacyjnej: portalaplikacja, chmura, troll, format, sieć, świetlica, delikwent kiedyś niosły za sobą zupełnie inne treści. Bo np. portal był elementem architektonicznym, a dziś to synonim witryny internetowej, aplikacja oznaczała ornament na ubraniu, a teraz kojarzona jest z komputerowym programem użytkowym, troll to postać z mitologii skandynawskiej, ale obecnie częściej określa użytkownika Internetu, który w publicznych dyskusjach celowo zamieszcza kontrowersyjne wypowiedzi, a świetlica była najjaśniejszym pokojem w domu, a nie pomieszczeniem przeznaczonym do spędzania czasu wolnego. Delikwent natomiast stracił pierwotne znaczenie: człowiek sądzony za przestępstwo, winowajca na rzecz sensu przenośnego, o zabarwieniu żartobliwym: ktoś, kto jedynie przypomina skazańca (czyli najczęściej interesant, klient).

Powstawanie neosemantyzmów wspiera najczęściej proces metaforyzacji, akumulujący sensy i poszerzający tym samym słownik języka polskiego o polisemy: suszarka (urządzenie domowe i radar), kaloryfer (rodzaj grzejnika i wyraźnie ukształtowane mięśnie brzucha), wrzutka (podanie piłki w pole karne i upublicznienie informacji w celu siania zamętu), typ (rodzaj, model i chłopak), burak (warzywo i ktoś bez ogłady), kombajn (maszyna rolnicza i urządzenie wielofunkcyjne) itd. Ta swoista afiliacja słów - pozwalająca żyć dawnym i dzisiejszym znaczeniom w symbiozie - nie wyklucza jednak stosowania brutalnych praw wolnego rynku: po zużyciu wyrzucić. Na przykład popularny w staropolszczyźnie wyraz twarz oznaczał „jakieś stworzenie, istotę”. I w takim sensie odnajdziemy go np. u Reja:

Dłużej kruk żyw, niż człowiek, a to niema twarz.

Wraz z rozwojem języka to znaczenie uległo zupełnej anihilacji, a jego dawną obecność potwierdza jedynie forma rzeczownika odczasownikowego „stwarzanie”. Podobny los spotkał bydło będące kiedyś ekwiwalentem "dobytku, majątku", zboże - dawniej "bogactwo, szczęście"1 czy złodzieja, czyli tego, który „zło dzieje - czyni zło” (współczesny złodziej nazywany był kradzieżnikiem). 

Niekiedy przesunięcia semantyczne tworzą istny labirynt. Bo np. księżyc pierwotnie oznaczał „syna księcia” (wystarczy skojarzyć formę książę). Z kolei książę było zdrobnieniem od słowa „ksiądz”, które określało świeckiego władcę, wodza, panującego. (Jeszcze w jednym z XVI-wiecznych statutów przeczytamy: „My, Zygmunt August, z łaski Bożej król polski, wielki ksiądz litewski...”). Dopiero z czasem leksem ksiądz zaczął być używany jako tytuł grzecznościowy tylko w odniesieniu do osób duchownych (do XIX wieku zapisywano go za pomocą grafemu x – „xiądz”; nawiasem mówiąc taką notację wykorzystał Max Czornyj konstruując zagadkę kryminalną w powieści „Grzech”). Te dwa znaczenia zgrabnie zbiegły się w kryptonimie XBW, czyli Xiążę Biskup Warmiński. Tak sygnował swoje dzieła Ignacy Krasicki. Ksiądz i książę (tytuł nadał mu Stanisław August Poniatowski) jednocześnie.

Współcześnie najczęstsze przypadki neosemantyzacji dotyczą wyrazów, które przyjmują nowe znaczenia pod wpływem języka obcego. Ich modne użycia są niekiedy bezrefleksyjną kalką z angielszczyzny, np. ”dokładnie” (ang. exactly) w znaczeniu „tak, potwierdzam, zgadzam się” albo popularne „dedykowany” ostatnio używane w znaczeniu „przeznaczony dla kogoś, skierowany do kogoś” (a nie „poświęcony komuś, ofiarowany”). Nachalne jak reklama Temu „dedykowany” zapewne podzieli los słowa „nominowany”, jeszcze kilkanaście lat temu natrętnie używanego o wiele częściej niżby to wynikało z potrzeb komunikacyjnych. Jego kariera była konsekwencją wysokiej oglądalności programu telewizyjnego typu reality show „Big Brother”, w którym imiesłów „nominowany” (ang. nominated) oznaczał osobę wskazaną przez uczestników do wyoutowania z programu.

Puchnące jak na sterydach zasięgi słowa „dedykowany” to niejedyna zniewaga, jaką musi ostatnio znosić poprawna polszczyzna. Bowiem do grona lingwistycznych obrazoburców dołączył przymiotnik „ekskluzywny”, eksploatowany w znaczeniu „luksusowy, drogi”2 (a nie „elitarny, dostępny wybranym”). Niektórzy użytkownicy języka - mając zapewne potrzebę nobilitacji - nawet wczasy „all inclusive” artykułują jako „all exclusive”, upatrując w nich właśnie synonimu luksusu. Helpunku! Na szczęście żywot modnych znaczeń jest zazwyczaj tak krótki, jak postanowień noworocznych.

CAŁOWANIE MACIORY

 W jednym z odcinków serialu „Ranczo” stary Stach Japycz tłumaczy kompanom z ławeczki, że „piwo to jest to, co się pije”. Okazuje się, że intuicja lingwistyczna nie zawiodła tego smakosza „Mamrota”, bowiem rzeczywiście słowo piwo stanowiło kiedyś „ogólną nazwę napojów”. A skoro tak, to prosty stąd wniosek, że piwnica służyła do „przechowywania piwa, czyli różnych napojów”. Często była osobnym budynkiem i wówczas nazywano ją sklepem (ponieważ pomieszczenie to miało niskie sklepienie), a z czasem proces dysocjacji językowej doprowadził do korekty znaczenia (bowiem oprócz napojów zaczęto składować w sklepie także żywność) i dziś jest to miejsce przeznaczone do sprzedaży towarów.

Pocałunek może zrujnować ludzkie życie przestrzegał Oscar Wilde. No właśnie, a wystarczyło zachować pierwotne znaczenie czasownika całować, aby uniknąć niejednej katastrofy. Pierwotnie całowanie było bowiem życzeniem oznaczającym, aby ktoś cało  wrócił (z podróży, wojny), a więc całować znaczyło tyle, co „życzyć pomyślności, zdrowia”. Dopiero z czasem nabrało innego znaczenia, gdyż przy pożegnaniu często dotykano się ustami.

Aby przekonać się, że neosemantyzacja jest procesem na stałe wpisanym w ewolucję języka, wystarczy sięgnąć do literatury staropolskiej. W wierszu „Niestatek” barokowy esteta Jan Andrzej Morsztyn maluje portret ukochanej za pomocą skonwencjonalizowanych porównań:

Oczy są ogień, czoło jest zwierciadłem,
Włos złotem, perłą ząb, płeć mlekiem zsiadłem,
Usta koralem, purpurą jagody (…).

Kontekstowa afiliacja pozwala bez trudu skojarzyć jagody z policzkami, ale fraza płeć mlekiem zsiadłem budzi ciekawość niczym "cliffhanger" kończący niemal każdy odcinek "Miasteczka Twin Peaks" Davida Lyncha. Słowo "płeć" w języku dawnym definiowało skórę twarzy, a więc wyrażenie „płeć mlekiem zsiadłem” jest określeniem jasnej ("mlecznej") cery kobiecej fizys. Takie znaczenie znajdziemy jeszcze w jednym z Sienkiewiczowskich aforyzmów: "Gdyby cnota opalała płeć jak słońce, kobiety zasłaniałyby się i od cnoty parasolkami".

Z kolei w średniowiecznym „Lamencie świętokrzyskim” zrozpaczona Maryja przestrzega „miłe i żądne maciory”, aby nigdy nie doświadczyły jej bólu i cierpienia. Nie potrzeba wielkiego kapitału słownikowego, żeby w rzeczowniku „maciora” dostrzec ekwiwalent współczesnej „matki”. Co ciekawe, zdrobniała forma słowa "maciora", czyli "mać" utrwaliła się w języku nie tylko w przysłowiu Jaka marchew, taka nać – taka córka, jaka mać, ale także w przekleństwach „psia mać” czy „kurwa mać”. I tak paradoksalnie wulgaryzmy ocaliły od zapomnienia ten archaizm i pokazały środkowy palec ustawie, w której możemy przeczytać, że „ochrona języka polskiego polega w szczególności na: przeciwdziałaniu jego wulgaryzacji”.

LISTY LECĄ Z DRZEW

Nazwy miesięcy w polszczyźnie mają ludową proweniencję i są powiązane ze zjawiskami przyrody oraz pulsem wiejskiego życia, doświadczanego jako cykliczny i powracający (na tej korelacji oparta jest kompozycja Chłopów Reymonta). Są zatem zapisem ludzkiego losu zdeterminowanego przez naturę, podlegającego zmienności pór roku i rytmowi prac polowych (np. luty to tyle co „mroźny”, sierpień ma związek ze żniwami, a wrzesień kojarzy się z kwitnącymi wrzosami).

Wiadomo – nie tylko z lektury Wyspiańskiego – że „listopad to dla Polski niebezpieczna pora”, ale z jakiej racji w nazwie tego miesiąca pojawia się list, skoro to liście spadają z drzew ("w listopadzie goło w sadzie" mówi jedno z przysłów)? Otóż dawniej słowa „liść” i „list” były po prostu synonimami (np. we fraszce "Do dziewki" Kochanowskiego czytamy: I dąb (...) przeschnie, choć list na nim płowy). Tę zależność łatwo skojarzyć. Przecież liścik to krótki list, a nie mały liść, z kolei listek to nie krótki list, ale mały liść. Dlatego w nazwie miesiąca mamy list-opad. Tak właśnie historia języka otwiera drzwi do wiedzy w kolejnym pokoju naszego umysłu.

 „CH..J, D..A I KAMIENI KUPA”

W 2014r. wszyscy czytali Sienkiewicza. Bartłomieja Sienkiewicza. Furorę w sieci zrobiło bowiem zdanie wypowiedziane przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych (zresztą prawnuka Henryka Sienkiewicza), który działania własnego rządu podsumował ekspresyjnym bon motem:  

Polskie Inwestycje Rozwojowe są, niestety, jak to się górnolotnie nazywa i bardzo eufemistycznie… Ich po prostu nie ma. To ch…j, d…a i kamieni kupa.

Jakie czasy, taki Sienkiewicz. No i Obajtek by tego lepiej nie ujął… Politycy w prywatnych – aczkolwiek coraz częściej rejestrowanych - rozmowach nieświadomie i bezrefleksyjnie spełniają marzenie Tuwima, „aby słowa nie były jak salonowe pieski, ale jak wściekłe psy!”. Oryginalną składnią i swoistą koprolalią (tłumaczoną np. zespołem Tourette’a) dorównać im może chyba tylko Adaś Miauczyński, bohater filmów Koterskiego. Ot, choćby w tej kultowej scenie z „Dnia świra”:

,,Jak tatuś zrobi dziubek to nie ma ch**a we wsi''

Dlaczego „Nie ma ch..a we wsi?” Co mógł oznaczać współczesny wulgaryzm - "słowo ostre i drapieżne" - aby popularny nadekspresyjny frazeologizm był czymś więcej niż pustą semantycznie emfatyczną frazą? Z pomocą przychodzi oczywiście historia języka. Prawdopodobnie Nie ma ch..a we wsi znaczyło niegdyś, że nie ma już w niej ani jednego rozpłodowego samca świni, bowiem staropolski chujec był określeniem wieprza-reproduktora. Ma to sens, skoro kolokwialny zwrot używany jest jako odpowiednik buńczucznego i nasyconego testosteronem: Nie ma nikogo lepszego/nikt nie zrobi tego lepiej Taką zmianę znaczenia nazywamy pejoratywizacją, czyli negatywnym obciążaniem wyrazów o wymowie pierwotnie neutralnej. Podobny proces zaobserwujemy w przypadku słowa ”dupa”, które oznaczało kiedyś każdą jamę, dziurę, zagłębienie, dziuplę i aż do XVIII w. nie miało ujemnego, a już tym bardziej wulgarnego znaczenia (dzisiejsza "dupa" zastąpiła popularną w literaturze staropolskiej o charakterze rubasznym "rzyć", np. u Reja: Rzyć w popiele, choć myśl w niebie).3

Niespodziewanie w 2009r. Centralna Komisja Egzaminacyjna postanowiła rzucić wyzwanie lingwistyczne abiturientom przystępującym do egzaminu maturalnego z języka polskiego. Konsternację zdających wywołało już pierwsze zdanie zamieszczone w arkuszu, a wzięte z Reymontowskich „Chłopów”: Bylica (…) ledwie się już ruchał. Współczesna jedwabista polszczyzna każe w "tym" słowie odnaleźć definicję odbywania z kimś stosunku seksualnego, ewentualnie oszukiwania kogoś w celu osiągnięcia korzyści materialnych, ale Reymontowski „wsiowy gaduła” używa czasownika "ruchać" w archaicznym i gwarowym znaczeniu „ruszać, poruszać (się)”. Oczywiście nie wszyscy maturzyści sprostali temu challenge'owi, dlatego nie zabrakło prac, o tym, że stary człowiek ledwo już może… (wiadomo co). Hasztag: YOLO CKE!

 JAK SIĘ TURLA DROPSA W SPA?

Język młodzieżowy4 charakteryzuje się komunikacyjną ekonomią, dynamiką i eklektyzmem, co przejawia się asymilacją leksyki hip-hopu (np. fein, riz), zajawek youtuberów i tiktokerów (np. czemó, eluwina), internetowych virali (np. azbest), gier komputerowych (np. bambik – początkowo nowicjusz w „Fortnite”) i kodów nieliterowych (np. 420 - określenie marihuany). Subkultury lat 80-tych i 90-tych organizujące się wokół gatunków muzycznych zastąpiła na początku XXI wieku wspólnota ludyczna, charakteryzująca się werbalnym luzem, ironicznym dystansem do rzeczywistości i nieoczywistym poczuciem humoru, czego efektem była także rewizja zastanego języka. Dzisiaj słowa absorbują rebeliancką energię młodych, czyniąc z nich sygnalistów nowych treści. A lingwistyczne FOMO prowadzi do szybkiego etykietowania osób, zjawisk i zachowań za pomocą terminów zabawnych i ekspresyjnych, wykorzystujących osmozę znaczeń wpisaną w proces neosemantyzacji (por. aura, masakra, mrozi, oddaje, słony, baza, brat, dymy). 

Młodzież nie tylko koduje swój język (dlatego boomerzy i kidulci nie ogarniają), tworzy nieoczywiste semantycznie leksemy (np. skibidi, delulu), ale w dowcipny sposób zmienia przyjęte znaczenia. Np. turlaj dropsa to popularne wyrażenie slangowe, którego używamy, gdy czyjaś obecność nas irytuje (znaczy po prostu: spadaj), przymiotnik epicki hiperbolizuje oceny, pocisk jest „ciętą ripostą”. A jeżeli drażni Cię język internetowych minionków, które inkorporują w języku nowe treści, w ramach relaksu możesz udać się do SPA (hint: Sinsay Pepco Action). 

DEGUSTUJĄC I REASUMUJĄC

Bywa i tak, że poprawne znaczenie blaknie i z czasem gaśnie, a na pełnej petardzie wchodzi do słowników błędne użycie. Tak stało się ze słowem "spolegliwy", które przyjęło się w języku polskim jako synonim kogoś "uległego". A tymczasem etymologicznie określa ono człowieka godnego zaufania, na którym zawsze można polegać.

Podobnie rzecz się miała z czasownikiem reasumować, który pierwotnie oznaczał „odwoływać to, co się powiedziało wcześniej”, ale powszechnie mylono go - ze względu na podobieństwo brzmienia -  z resumować, czyli „podsumować” i z czasem reasumować podwędziło to znaczenie i zaczęło być używane (błędnie) jako „podsumowywać, streszczać”. Jedynie prawnicy posługują się nim nadal w zgodzie z właściwą etymologią: „ponowne rozpatrzenie sprawy przez ten sam organ połączone z równoczesnym uchyleniem skutków uprzedniego rozstrzygnięcia”. Wystarczy przypomnieć sobie słynną reasumpcję przegranego przez PiS głosowania zarządzoną przez Elżbietę Witek (sierpień 2021r.).

Wiadomo, że rutyna prowadzi na manowce, czego potwierdzeniem jest historia wyrazu degustować. Na początku XX wieku przy wprowadzaniu do słownika tego leksemu ktoś zmienił znaczenie z właściwego, czyli "próbować, smakować" na… błędne "obrzydzać, napawać wstrętem". Dlaczego? Jakim prawem? Prawdopodobnie pomylił francuski bezokolicznik déguster ("próbować wina") z dégouter ("wzbudzać wstręt"). I dlatego do dzisiaj o kimś zniesmaczonym mówimy, że jest zdegustowany. Jak widać nie tylko w Archeo mają burdel... 5

Przykładów neosemantyzacji jest oczywiście o wiele więcej, ale idąc za radą Stanisława Jerzego Leca, pozwolę sobie na gnomiczne podsumowanie: "Nie wrzucaj wszystkiego do jednego worka, nie udźwigniesz".

 Jarosław Olczak

1. Takie znaczenie odnajdziemy w "Bogurodzicy": zbożny (czyli szczęśliwy, dostatni) pobyt.

2. Niektóre wydawnictwa normatywne, ze względu na frekwencyjną popularność, uznają już to znaczenie za dopuszczalne. 

3. O pochodzeniu i znaczeniu wulgaryzmów pisałem w artykule "Kutas" Mickiewicza, czyli... o wulgaryzmach w literaturze

4. Zob. Bumeluję dzisiaj na chawirce, mordeczko! - czyli... o najmłodszej polszczyźnie

5. Por. film "Seksmisja" J. Machulskiego

BIBLIOGRAFIA:

Aleksander Brückner, Słownik etymologiczny języka polskiego, Warszawa 1989

Małgorzata Górska, „Dedykowane do słuchania”, czyli jak oceniać zjawisko neosemantyzacji wyrazów pochodzenia łacińskiego [w:] Dialog pokoleń 2,  red. Elżbieta Wierzbicka-Piotrowska), Warszawa 2016

Andrzej Markowski, Kultura języka polskiego. Teoria. Zagadnienia leksykalne, Warszawa 2018

Renata Przybylska, O języku polskim, Kraków 2002

Słownik etymologiczny języka polskiego, pod red. W. Doroszewskiego, Warszawa 1996-1997

https://polszczyzna.pl/nazwy-miesiecy-skad-sie-wziely/

https://nck.pl/projekty-kulturalne/projekty/ojczysty-dodaj-do-ulubionych/ciekawostki-jezykowe/ksiezyc

https://polszczyzna.pl/wulgaryzmy-staropolskie/

https://jezykowaoaza.pl/polskie-slowa-ktore-zmienily-swoje-znaczenie-na-przestrzeni-lat/

Drukuj E-mail